Gdy rzeczy tak niewielkie niosą ze sobą tak wiele – Wyspa KOS

10 sierpnia 2017
Historia piekarza
16 lipca 2017
„Cmentarz Wyklętych” Sova (2018)
13 marca 2018
 

Zapamiętałem pobyt w tym miejscu, jako chwilę, w której można się zatracić i zanurzyć w morzu beztroski. Każdy spędzony dzień był przepełniony słońcem, pięknymi widokami i rozwiewającym włosy wiatrem. Moje krótkie wakacje na wyspie Kos były poprzeplatane dalekimi wyprawami i chwilami zatracenia w zacisznym hotelu.

Gdy samolot przebił się przez chmury, ujrzałem małą kolorową wysepkę. Miała zaledwie 10 km w najwęższym miejscu. Sprawiała mylne wrażenie, jakby ją można bez najmniejszego wysiłku przejść wzdłuż i wszerz. Po wyjściu z pokładu powitało mnie mocne uderzenie orzeźwiającego wiatru. Trasa do hotelu była przepełniona krętymi drogami na skrajach przepaści. Każdy zakręt był krótką okazją, by nacieszyć oczy nieziemskimi widokami. Miałem wrażenie, że znajduję się na krańcu świata, a pode mną rozpościera się kraina otoczona błękitnym oceanem, którego barwa zlewała się z bezchmurnym niebem. Białe mury hotelu oślepiały od odbijającego się słońca. Zmęczony podróżą skosztowałem wszystkich oferowanych drinków i zapadłem w głęboki sen, by nabrać sił na kolejny dzień mojej podróży.

Następnego dnia wciąż nie opuszczało mnie wrażenie wielkości, a zarazem małości tego miejsca. W związku z niewielkim rozmiarem wyspy postanowiłem zwiedzić ją na rowerze. Ku mojemu zaskoczeniu wyprawa głęboko przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Kręte drogi są świetną przygodą, gdy przemierzasz je klimatyzowanym samochodem. Kiedy jednak próbujesz pokonać je rowerem zmieniają się w trudy pustyni, z palącym słońcem i suchym wiatrem. A po paru milach zaczynasz dostrzegać jedynie spoglądające na Ciebie ponuro kaktusy. Mimo przeciwności losu postanowiłem, że się nie poddam i dotrę do mojego celu - Chatki Hipokratesa, jednego z prekursorów medycyny.

Droga ciągnęła się w nieskończoność, za zakrętem był kolejny zakręt, a za nim jeszcze jeden. Słońce było bezwzględne, a cienie drzew schowały się za ostatnim zakrętem. W mojej głowie zaczęła się kłębić myśl, by wracać do domu, lecz wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego. Na środku wyspy Kos z każdej strony otaczał mnie oszałamiający widok - krańce wyspy odcinało intensywnie błękitne morze, z którego niczym drzewa wyrastały kolejne małe wysepki. Taki krajobraz orzeźwił mnie bardziej niż zmrożony Red Bull i resztką sił wyruszyłem w stronę widniejących na horyzoncie zabudowań.


 

Dom Hipokratesa był otoczony morzem złocistego piasku.

Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że tak wielki człowiek postanowił mieszkać w takim odosobnieniu. Zmęczony skryłem się pod pergolą z winogron, a Greczynka przyniosła mi małą szklaneczkę tradycyjnej herbaty. Chwila wytchnienia i łyk bursztynowego trunku w mgnieniu oka postawił mnie na nogi i pozwolił zwiedzić całą posiadłość Hipokratesa. Muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyły jego włości, więc postanowiłem zrobić parę fotografii.


 

Zatrzymajcie się na chwilę, wyłączcie muzykę i postarajcie sobie wyobrazić - gorące uderzenie ciepła, które przebija się przez grube podeszwy waszych butów i zaczyna was zmuszać do wykonywania kolejnych kroków. Delikatne drżenie podłoża buduje napięcie i nagle kilka metrów przed sobą dostrzegacie pęknięcie, z którego uderza w wasze nozdrza gęsty siarkowy dym. To tylko namiastka wrażeń jakie daje Ci Nisiros. Uśpiony wulkan, który niczym rycerz na straży jądra ziemi dzielnie czeka, by pewnego dnia zaatakować z całej siły. Właśnie tam postanowiłem się wybrać kolejnego dnia. Mówi się, że ta wulkaniczna wyspa jest dziewicza pod względem turystów.


Ze szczytu klasztoru można spoglądać na płaszczyzny białych dachów.


 

Ziemia czerwieniała od siarki na kilka mil w jej głąb. Czerwony krater niczym ze złości odstraszał gęstym dymem i szorstkimi kamieniami pumeksu. Mimo piekielnej temperatury powietrza i wnętrza wulkanu, postanowiłem zejść na dół i przyjrzeć się kraterowi z bliska. Naprawdę było warto i każdemu poleciłbym taką wycieczkę.

 

Gdy odpływałem do domu, postanowiłem zrobić jeszcze ostatnią "panoramę" wulkanicznego wybrzeża. Mam nadzieję, że dzięki niej te chwile staną się niezapomniane.


 

Na swoją ostatnią podróż wypożyczyłem samochód. Klimatyzowana Corsa była niczym błogosławieństwo na upalnych, krętych drogach. Po kilku godzinach przejechałem przez piaszczysty szczyt skały, wysiadłem z samochodu i wskoczyłem do wody z bąbelkami. Nagle krzyknąłem, spiąłem mięśnie i zacząłem płynąć z całych sił w kierunku brzegu. Okazało się, że gorące źródła mogą mieć nawet 60 stopni Celsjusza, a ja znalazłem się w ich epicentrum. Kiedy już zaznajomiłem się z tym przytulnym źródełkiem, wybrałem idealne miejsce na dużych kamieniach. Nawet w tak upalną pogodę można się orzeźwić i zrelaksować biorąc kąpiel w gorącej wodzie z bąbelkami. Ostre fale rozbijały się na skałach a chłodna morska woda przemykała pomiędzy kamieniami, by mieszając się z gorącymi źródłami masować moje ciało. Ale co to . . . gdy podniosłem wzrok na kamienistych wzgórzach ukazały się dziesiątki kóz. Niczym alpiniści wspinały się po stromych skalistych stokach. Gdy wyszedłem z wody słodko szturchały mnie prosząc o małą przekąskę, której nie mogłem im odmówić.

To wszystko jest tylko drobną namiastką doznań, jakie daje ta mała wysepka. Starałem się jak najwięcej z nich zatrzymać w kadrze mojego aparatu, lecz nawet najwspanialszą fotografią nie uda się uchwycić unikalności tego malowniczego miejsca.

PS: Pech chciał, że gdy skończyłem pisać ten tekst prawie wszystkie fotografie przepadły razem ze spalonym dyskiem. Więc musiałem go ubarwić tym co zostało na FB.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.